Tydzień na skróty

June 30th, 2007

Poniedziałek
Nie zazdroszczę mieszkańcom wiosek położonych nad Jeziorem Rożnowskim, którym wysychają studnie. Jak się okazuje, na jedyne sensowne rozwiązanie, czyli budowę wodociągu, przyjdzie im jeszcze długo czekać. W budżecie pieniędzy zwyczajnie nie ma, a na wsparcie z zewnątrz się nie zanosi. To się jeszcze źle skończy, bo jak zachować zimną krew kiedy samochodem trzeba wozić wodę w butelkach, co gorsza nad brzegami jeziora, słuchając w tle radiowych informacji o strumieniach euro płynących z niezliczonych źródeł?!

Wtorek
Obok długiej listy szans, jakie daje Polsce organizacja finałów Euro 2012, zaczyna po woli rosnąć lista zagrożeń i strat. Najprawdopodobniej Krynica może na jakiś czas zapomnieć o budowie toru bobslejowo–saneczkowo–skeletonowego. Powód? Ministerstwo Sportu, które miało partycypować w kosztach, wszystkie swoje środki rezerwuje dla wspomnianego europejskiego finału. Nie ma co załamywać rąk, proponuję dwa wyjścia, albo do nazwy bobslejowo–saneczkarsko–skeletonowy dopisać jeszcze piłkarski, albo dogadać się na przykład ze Słowacją. Jeden dublet dał Euro, to drugi da zimową olimpiadę!

Środa
No i się nie udało. Kolejarz Stróże odbił się od bram II ligi niczym piłka od słupka czy innej poprzeczki. Po cichu powtarzane jest pytanie, czy każdy z tych, którzy kopali piłkę w środę, rzeczywiście chciał trafić do bramki? A jeśli nie trafiał, to dlaczego? Przecież całkiem niedawno pokazał, że potrafi? To ciekawa zabawa zastanawiać się nad czymś, co jest oczywiste i kombinować jak nie powiedzieć prawdy, którą wszyscy znają.
W Stróżach sprytnie wykombinowali, bo wszyscy zawodnicy coś dostaną. Większość premię, a pięciu z nich kopa, oczywiście w sensie motywacji do poszukiwania miejsca w innym zespole.

Czwartek
Zaskakująco przenikliwą, trafną i szczerą refleksją na temat zadań radnych podzielił z kolegami radny Józef Hojnor. „Jesteśmy Radą Miasta i jesteśmy tu po to, żeby radzić, żeby rajcować” – powiedział Hojnor podczas czwartkowej sesji. Tak się zastanawiam, siebie nawzajem, czy też samych siebie?

Piątek
Ale będzie pięknie. Ba! Pięknie i dostatnio. W sześć lat za 220 milionów złotych sądeckie wioski i miasta zyskają obwodnice, tory do Krakowa pozwolą pędzić, by w dwie godziny być na miejscu, a gimnazjaliści będą buszować w internecie i to każdy przy użyciu własnego laptopa. To wszystko zapowiadają przedstawiciele Sądecczyzny w sejmiku województwa, we dwóch, i to przedstawiciele ze skrajnych zakątków politycznej sceny. Jak mówi jeden z nich – „Nie czas na politykowanie, kiedy w grę wchodzą tak ważne dla regionu sprawy”… wzruszenie odbiera głos. Ciekawe czy na usychających brzegach Jeziora Rożnowskiego wieść już się rozniosła?
sławomir wrona

Autor artykułu:

Całe życie w lesie

June 30th, 2007

Dzisiaj, w ostatni dzień swojej pracy na stanowisku nadleśniczego, Zdzisław Witteczek przekazał swoje obowiązki służbowe swojemu następcy. Tym samym zamknął swój 42–letni rozdział pracy zawodowej w lasach państwowych. Z jego przejściem na emeryturę kończy się też pewna era polityki ochrony limanowskiej przyrody prowadzona przez nadleśniczego Witteczka i jego współpracowników w czasach trudnych przemian społecznych i gospodarczych. Na podstawie wiedzy nadleśniczego o tych lasach można poznać także ciekawą historię ziemi limanowskiej.
Ze Skola do Sącza
– Spędziłem w lesie 42 lata, ale kiedy wezmę pod uwagę moją rodzinę, to można powiedzieć, że wspólnie z nią w lesie przebywamy grubo ponad sto lat – mówi z uśmiechem Zdzisław Witteczek. – Mój pradziadek był leśniczym na dzisiejszym kresach w Bolechowie, nieopodal Kałusza. Brat mojej babci Stefanii – Władysław, dzięki któremu w czasach wojny wylądowaliśmy w Nowym Sączu, był nadleśniczym w Kołomyi na dzisiejszej Ukrainie. Cała moja rodzina pochodzi ze wschodu. A mój dom rodzinny był w Skole.
Rok 1942 był brzemienny w skutkach dla rodziny Witteczków. Zdzisław miał wtedy dwa lata i z oczywistych względów nie bardzo wiedział, co się wokół niego dzieje. A czasy były ponure, bo najpierw sowieci, we wrześniu 1939 r. zajęli te tereny, a w 1942 r. wkroczyły wojska niemieckie. Wspomniany brat babci Stefanii, Władysław Strzygowski, właśnie przeszedł na emeryturę i zadecydował, że trzeba szybko wyjeżdżać ze Skola zanim stanie tam front niemiecki. Za zaoszczędzone pieniądze kupił dom w Nowym Sączu nieopodal starej kolonii, koło Domu Robotniczego. Spakowali dobytek i Zdzisław wraz z mamą Ireną, babcią i stryjem, wyjechali w pośpiechu ze Skola. W domu rodzinnym pozostał ojciec Roman, by pilnować dorobku życia. Po ucieczce ze wschodu ojciec pracował po wojnie w rejonie leśnym w Starym Sączu.
Zdzisław Witteczek, jak przystało na mieszkańca tej dzielnicy Nowego Sącza, najpierw uczęszczał do Szkoły Podstawowej im. króla Władysława Jagiełły, a następnie do I Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Długosza.
– Chyba wtedy odezwał się we mnie zew lasu, bo podjąłem decyzję, że będę leśnikiem – wspomina. – Ale miałem pecha, bo akurat władze zlikwidowały Wydział Leśnictwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i musiałem pojechać do Warszawy do ówczesnej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, oczywiście na Wydział Leśny. Dlaczego Warszawa a nie na przykład Poznań? Bo miałem blisko domu dworzec kolejowy, z którego do Warszawy odjeżdżał pociąg Krynica – Warszawa.
Przez Nawojową do Kamienicy
Magister inżynier Witteczek skończył uczelnię w 1965 r. i ruszył do… lasu, do Nawojowej, na staż. To była dobra szkoła, życia, bo opiekował się nim, jak mówi najwspanialszy leśnik Sądecczyzny Jan Kosterkiewicz – postać zasłużona dla ochrony przyrody i wielkiej klasy człowiek. Po odbytym stażu, w 1973 r. młody leśnik trafił do Kamienicy. Wtedy to utworzono Nadleśnictwo Limanowa, w którego skład weszły byłe nadleśnictwa w Kamienicy, Porębie Wielkiej i Limanowej. Został adiunktem, a następnie nadleśniczym terenowym. Mieszkał w Kamienicy, w tamtejszym dworze. Rok wcześniej ożenił się z góralką Antoniną rodem z Ochotnicy Dolnej, Kamieniczanką.
Kiedyś prywatne, po wojnie państwowe
W 1981 r. utworzono Gorczański Park Narodowy z lasów nadleśnictwa limanowskiego. To ostatnie gospodaruje na 8,5 tys. ha, od Wysokiego po Rabkę Zdrój i prowadzi nadzór nad ponad 20 tys. ha lasów prywatnych – chłopskich.
– Specyfika naszych lasów jest odmienna niż tych w kraju. Główne nasze zadanie polega na ich ochronie, utrzymaniu i powiększaniu zasobów leśnych – wyjaśnia. – To są lasy wysokiej jakości. Przed wojną były w rękach 30 właścicieli. Ale nie wszyscy dbali o te bogactwa. Na przykład spółka Saturn z Kamienicy należąca do właścicieli kopalń w Czeladzi wycinała naturalny drzewostan czyli buki i jodły. W zamian sadzili świerki przeznaczone na kopalniaki. A wiadomo, że każda monokultura leśna szkodzi im samym. Ale już żydowscy właściciele – rodzina Pordesów – prowadziła porządną gospodarkę leśną, podobnie jak Turczyńscy z Tymbarku, czy Wodzicki mający w swoim posiadaniu lasy klucza porębskiego w Porębie Wielkiej. Jemu należą się oddzielne słowa uznania, bo wprowadzał w swoich lasach ochronę przyrody i tworzył rezerwaty na podobieństwo hrabiego Adama Stadnickiego z Nawojowej.
Witteczkowe królestwo
Po przejściu szczebli zawodowych, Zdzisław Witteczek został nadleśniczym. Jak mało kto znał swoje królestwo. Kiedy pytamy o najbardziej ulubione miejsce w nadleśnictwie, bez namysłu odpowiada:
– Moja ukochana Mogielica ze wspaniałą halą, z której widać niemal pół Małopolski. Na północy wieczorem światła Krakowa, na południu Tatry i Pieniny. Niezapomniane widoki.
Kiedy pytamy go o myśliwskie pasje, słyszymy w odpowiedzi:
– Nigdy nie strzelałem.
Teraz, jego zdaniem, Limanowszczyzna jest atrakcyjnym terenem łowieckim, ale jak przyszedł do pracy w Kamienicy, to dopiero po roku natrafił pod Mogielicą na jelenia. – W Nawojowej zwierzyny było w bród. Chyba tutaj kłusownictwo po wojnie było w większej skali niż na Sądecczyźnie – dodaje. – Podobnie było z kradzieżą drewna. To był rzeczywiście problem lat 70. i 80. Teraz prawie zanikł, chociaż tartaków na naszym terenie nie brakuje i przemysł drzewny świetnie się rozwija.
Dzisiaj nadleśniczy Witteczek jest pierwszy dzień na emeryturze. Na razie odpoczywa i co tu dużo mówić – tęskni za lasem. Nie obawia się co będzie robił z czasem, bo ma dom i ogród.
– Będę odwiedzał swoich znajomych, może wybiorę się na Ukrainę w rodzinne strony, ale tego sentymentalnego wyjazdu nieco się obawiam, bo nie wiem co tam mogę zastać – mówi. – O lesie porozmawiam sobie czasami z synem Krzysztofem, który pracuje w Nadleśnictwie Krościenko, bo z drugim synem Romanem byłoby trudniej, gdyż jest ekonomistą. Ale wszyscy kochamy przyrodę.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Sponiewierany i wybrany

June 13th, 2007

Czternastu z dwudziestu trzech radnych poparło w tajnym głosowaniu kandydaturę Artura Czerneckiego (PiS) na przewodniczącego Rady Miasta Nowego Sącza. Dziewięciu było przeciw. W ten sposób klub PiS obsadził już wszystkie najważniejsze funkcje w prezydium rady i w komisjach swoimi ludźmi, a Czernecki dostał okazję, by wrócić za prezydialny stół po czterech latach od pożegnania z funkcją.
W 2003 r. jako radny LPR był wiceprzewodniczącym. Do jego odwołania szykował się wówczas klub Prawica działający pod egidą posła PiS – Ryszarda Nowaka. Czernecki złożył rezygnację wyprzedzając głosowanie w sprawie odwołania go z prezydium. Dziś jest liderem klubu stanowiącego zaplecze prezydenta Ryszarda Nowaka i zasiada za prezydialnym stołem wraz z Jerzym Wituszyńskim, który przed czterema laty wnioskował jego odwołanie.
Przed wczorajszym głosowaniem radni opozycji PO–PS nie oszczędzili kandydatowi na przewodniczącego słów krytyki.
– Nie będę krytykował swoimi słowami. Przytoczę opinie kolegów z PiS uwiecznione w protokołach z obrad rady miasta poprzedniej kadencji – powiedział Robert Sobol. – Kolega Kwiatkowski twierdził, że wypowiedzi Artura Czerneckiego są „trudno uchwytne i może on mieć problemy z prowadzeniem posiedzeń komisji”. Radny Jerzy Wituszyński wyraził się, że po raz kolejny przyszło mu słuchać „bełkotu z ust Artura Czerneckiego, który prowadzi działania konfliktujące i kompromitujące radę miasta”. Czyżby panowie związani z Prawem i Sprawiedliwością zmienili teraz zdanie?
W „pedagogiczne” tony uderzył Kazimierz Sas, były poseł, obecny radny–emeryt–nauczyciel. – Jak niewiele warte jest słowo! Jeden z drugim kiedyś byli przyjaciółmi, dziś są wrogami. Ktoś należał do jakiejś partii, dziś reprezentuje inną. Wszystkich można kupić, sprzedać. To jest nie do zniesienia! – mówił. Później zwrócił się do Czerneckiego: – Drogi Arturze, pamiętaj, że żadna funkcja nie dodaje rozumu. Gdy zostaniesz wybrany, musisz bardzo pracować nad sobą. Odważ się czasem być w sporze ze swoim prezydentem, bo bycie klakierem, to krótka droga do ciężkiej porażki. I mam nadzieję, że będziesz mówił pięknym polskim językiem – dodał.
– Nikt z nas nie ma monopolu na wiedzę, ale każdy dąży do doskonałości. Będę się starał, aby potknięć było jak najmniej albo wcale – obiecał nowy przewodniczący rady.
(ik)

Autor artykułu:

Pechowy Kicarz

June 13th, 2007

Piwniczanie z niecierpliwością czekają na początek budowy stacji narciarskiej na Kicarzu. Narciarze mieli jeździć po stoku już tej zimy, ale nic z tego. Inwestycja jest pechowa. Najpierw chcieli ją zablokować „zieloni”, teraz są problemy z inwestorem.
40 milionów!
Negocjacje urzędu gminy z krakowską spółką Wawel–Service idą opornie. Chodzi o pieniądze, których inwestor nie może wyłożyć na stół i o przestarzały biznes plan przedsięwzięcia. Firma doradcza z Nowego Sącza nie pozostawiła na nim suchej nitki.
– Wydawało się, że wszystko jest dogadane, że pozostaje tylko podpisać umowę i przyglądać się, jak stacja rośnie. Ale nagle okazało się, że druga strona gra na zwłokę. Nie potrafią udokumentować, że mają zabezpieczone fundusze na pierwszy etap przedsięwzięcia, a biznes plan, który daliśmy do zaopiniowania specjalistom, został przez nich uznany za kompletnie bezwartościowy. Chodzi przecież o inwestycję wartą 40 milionów złotych. Tak nie może być. Musimy zabezpieczyć interes gminy. Co będzie jak firma popadnie w długi? – mówi Zdzisław Łojan, wiceburmistrz Piwnicznej Zdroju.
Gospodarze Piwnicznej chcą mieć pewność, że inwestor ma za co budować i żądają gwarancji zwrotu po pięciu latach kwoty nominalnej wartości gruntów, które gmina wnosi do spółki inwestorskiej aportem.
Nic za darmo
– Za pięć lat ta ziemia będzie warta wielokrotnie więcej niż dziś. Przez ostatni rok ceny skoczyły o sto procent. Nie chcemy zarabiać na tym gruncie, bo korzyścią z inwestycji będzie dla nas rozwój gminy, ale nie możemy też oddawać ziemi za darmo – tłumaczy Zdzisław Łojan.
Władze Piwnicznej przygotowują pismo do zarządu spółki Wawel–Service, w którym oficjalnie zapytają, czy inwestor zamierza kontynuować rozmowy w sprawie budowy stacji narciarskiej.
Próbowaliśmy wczoraj skontaktować się z prezes spółki Beatą Kościółek, jednak nie miała dla nas czasu. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że inwestor ma pretensje do gminy o… przeciąganie podpisania umowy. Pojawiła się też plotka, że Piwniczna prowadzi już rozmowy dotyczące budowy stacji z innym przedsiębiorcą.
Jesteśmy na siebie skazani
– Nieprawda. Z nikim innym nie rozmawiamy. Jesteśmy niejako na siebie skazani, bo inwestor wykupił część gruntów na stoku. Bez nich, nikt inny stacji nie wybuduje – mówi Łojan.
– Mam nadzieję, że prędzej czy później dojdzie do porozumienia, nie dziwię się jednak, że władze gminy chcą potwierdzić wiarygodność inwestora – komentuje przewodniczący piwniczańskiej rady Czesław Paprota.
Problem w tym, kiedy owo „później” nastąpi. Na budowę w tym roku już jest za późno. Ośrodek nie zdąży wystartować z początkiem tego sezonu. A więc jedna zima już stracona dla narciarskiego biznesu.
iwona kamieńska

Autor artykułu:

Grają już od 95 lat

June 12th, 2007

Spośród trzech orkiestr dętych działających w gminie Mszana Dolna, najbarwniejszą i najpopularniejszą jest orkiestra dęta „Echo gór” działająca przy Ochotniczej Straży Pożarnej w Kasince Małej.
Barwne stroje góralskie, pełen werwy kapelmistrz Franciszek Leżeński, świetne wykonawstwo muzyczne – to sprawia, że „Echo gór” śmiało można nazwać muzycznym ambasadorem gminy i tej części powiatu limanowskiego. W tym roku orkiestra obchodzi 95 lat istnienia.
Została ze strażakami
– Nasza orkiestra powstała w 1912 roku jako pariafialna w parafii Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny – mówi Franciszek Leżeński.
W latach 30. zeszłego stulecia, kiedy w Kasince powstała jednostka Ochotniczej Straży Pożarnej – orkiestra przeszła pod zarząd OSP i tak jest do tej pory.
Orkiestra „Echo gór” od początku istnienia uświetniała nie tylko własne imprezy, ale brała udział w uroczystościach państwowych, kościelnych i ludowych. Przygrywała na pochodach, grała w chwilach radosnych i towarzyszyła wielu osobom w ostatniej drodze życia. W sierpniu 1937 r. uczestniczyła w pogrzebie dziewięciu kasinczan poległych od kuli policji sanacyjnej w strajku chłopskim.
Amatorzy i zapaleńcy
– Dzisiaj Echo gór liczy 38 członków – wyjaśnia kapelmistrz Leżeński. – Jest to, co warto podkreślić, zespół amatorów, zapaleńców, którzy chwile wolne od pracy zawodowej poświęcają na muzykowanie. Średnia wieku członków orkiestry wynosi 29 lat. Próby odbywają się dwa razy w tygodniu w remizie OSP. Instrumenty są głównie własnością orkiestry. Występujemy w tradycyjnych zagórzańskich strojach.
Orkiestra bardzo często koncertuje w kraju i za granicą. Co roku wyjeżdża na religijne uroczystości na Skałce w Krakowie i Ogólnopolskie Dożynki do Częstochowy, gdzie towarzyszy im delegacja z wieńcem dożynkowym. O jej udział w różnych imprezach w powiecie, gminie nie ma co wspominać. Są rozchwytywani.
Nie sposób wyliczyć nagrody i wyróżnienia na przeglądach orkiestr dętych, festiwalach. Wspomnijmy jedynie o I miejscu w Przeglądzie Orkiestr Dętych w Limanowej w 1975 r. i na X Wojewódzkim Przeglądzie Orkiestr Dętych w Nowym Sączu w 1985 roku.
Pracowite miesiące
W 2004 r. orkiestrę uhonorowano nagrodą specjalną ministra kultury.
Ten rok jest bardzo pracowity. 16 czerwca muzycy wezmą udział w I Ogólnopolskim Festiwalu Mundurowych Orkiestr Dętych w Gorzowie Śląskim. 23 czerwca w Festiwalu Orkiestr Dętych w Skale. 24 czerwca w zjeździe orkiestr w Limanowej.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Dość rozdawania!

May 28th, 2007

Władze Nowego Sącza chcą zlikwidować megarabat na uwłaszczenie lokatorów mieszkań komunalnych. Dotąd ludzie mogli wykupić mieszkania za cenę… małego fiata (2–5 proc. wartości lokalu).
Kiedyś dali, teraz zabiorą?
Ulgę przyznali w 2003 r. radni miasta. Dziś wiceprezydent Jerzy Gwiżdż ma nadzieję, że ci sami rajcowie (skład rady od trzech kadencji pozostaje niemal bez zmian) poprą projekt uchwały o likwidacji zniżki.
Sprawa ma stanąć na obradach sesji w czerwcu. Zapytany o powody, dla których gospodarze miasta chcą zlikwidować superrabat Jerzy Gwiżdż wyjaśnił:
– Nie może być tak, że remontujemy jakieś mieszkanie za 10 tysięcy złotych, a później ktoś kupuje je za półtora tysiąca. To jest nienormalne.
Szybkie zmiany właścicieli
Wśród argumentów za likwidacją ulgi wymienia się także przypadki patologii związanych z rabatową sprzedażą mieszkań. Zdarzało się ponoć, że ktoś zadłużył się, aby wykupić własne „M”, a później nie było go stać na utrzymanie i remontowanie mieszkania. Były też podobno przypadki, że wykupione za bezcen lokale bardzo szybko zmieniały właściciela – nie taka zaś była intencja radnych gdy uchwalali zniżkę. Chodziło przecież o to, aby ludziom od lat mieszkającym w komunalnych budynkach dać szansę na posiadanie własnego dachu nad głową.
Jerzy Gwiżdż zapowiada, że rabat nie zniknie całkowicie. Będzie można nadal uwłaszczyć się za przystępną cenę, nieporównywalną z wartością rynkową, jednak nie za symboliczne kilka procent.
Pomysł oburzył radnego Józefa Hojnora, gorącego zwolennika zamiany własności komunalnej na prywatną.
Miasto nic nie traciło?
– Jeśli faktycznie władze miasta przeforsują taką uchwałę, to będzie papierek lakmusowy ich stosunku do obywatela. Przecież ten rabat to był ukłon w stronę sądeczan, a miasto nic nie traciło na ulgowej sprzedaży, bo pozbywało się kosztów związanych z remontami – tłumaczy Hojnor. – I nie rozumiem tej rozbieżności. Centralne władze PiS chcą uwłaszczyć za kilkaset złotych lokatorów spółdzielni mieszkaniowych, a nasze sądeckie władze reprezentujące PiS chcą zablokować tanie uwłaszczenie dla ludzi zajmujących mieszkania komunalne.
W 2006 r. poprzednia wiceprezydent Nowego Sącza Zofia Pieczkowska szacowała, że sprzedając mieszkania z rabatem miasto podarowało sądeczanom 31 milionów złotych!
Bilans na zero
– Bilans oszczędności na remontach i straty z powodu rabatu, jaką ponosi miasto, wychodzi mniej więcej na zero – tłumaczyła Zofia Pieczkowska.
Do 2006 r. sprzedano ok. 700 mieszkań. Kilkaset osób, które nie skorzystały dotąd z okazji może ominąć szansa na uwłaszczenie za cenę malucha…
iwona kamieńska
Jutro więcej o debacie mieszkaniowej, którą zorganizawała „Gazeta Nowosądecka” oraz o radykalnych pomysłach sądeckich władz

Autor artykułu:

Meteorologiczny alert

May 26th, 2007

Dzieci i osoby starsze w ten weekend nie powinny wychodzić z domów – jeżeli już, to tylko rano i wieczorem.
Ci, którzy narzekają na zdrowie lepiej niech nie pędzą do kościoła w południe tylko poczekają na wieczorne nabożeństwo – radzi lekarka Danuta Cabak–Fiut, dyrektorka sądeckiego pogotowia.
34 stopnie Celsjusza!
Na najbliższe trzy dni – do poniedziałku synoptycy zapowiadają w naszym regionie upały sięgające 34 stopni. Centrum Zarządzania Kryzysowego w Nowym Sączu ogłosiło meteorologiczny alert.
Minione bardzo ciepłe dni już dały się we znaki chorym i lekarzom. Na aurę od razu zareagowali „sercowcy” i alergicy. Telefon w dyspozytorni sądeckiego pogotowia dzwonił co kilka minut.
– Przyjmowaliśmy po dziewięćdziesiąt wezwań dziennie, a przy takiej temperaturze jaką zapowiadają na najbliższe dni spodziewam się, że będzie więcej niż setka – mówi Danuta Cabak–Fiut. – Cierpią nie tylko pacjenci. Załogi karetek w wozach bez klimatyzacji także…
Chowajmy się do cienia
– W takie dni najbardziej zagrożeni są ludzie starsi i małe dzieci. Jeśli przebywają poza domem koniecznie powinni przebywać w cieniu. Wszystkim polecam dużo pić, nawadniać organizm chłodnymi napojami. Byle nie alkoholem! A jeśli już dojdzie do przegrzania, to polecam zimne okłady na głowę, szyję, pachy, w tym miejscach są duże naczynia krwionośne, najłatwiej w ten sposób ochłodzić krew – mówi Danuta Cabak–Fiut.
Jan Pancerz z Centrum Zarządzania Kryzysowego w Nowym Sączu zwrócił się do wszystkich służb, których powołaniem jest zapewnienie porządku publicznego o gotowość do podjęcia działań, które zminimalizują zagrożenie.
Może być dłużej
W komunikacie – ostrzeżeniu o niebezpiecznej dla zdrowia fali gorąca dyżurny synoptyk zaznaczył, że nie jest wykluczone iż upał potrwa dłużej.
(ik)

Autor artykułu:

Na moich rękach nie ma krwi

May 26th, 2007

Adam Kuna, jeden z funkcjonariuszy sądeckiej SB, którego zdjęcie i dane znaleźć można na wystawie „Twarze sądeckiej bezpieki”, chce, by IPN powiedział o nim prawdę.
– Nigdy nie byłem starszym inspektorem Zespołu ds. SB Wydziału Inspekcji WUSW w Nowym Sączu – powiedział Adam Kuna podczas spotkania z prof. Jerzym Terleckim, dyrektorem krakowskiego IPN w sądeckim ratuszu.
Pojawienie się przy takiej okazji człowieka przyznającego otwarcie, że pracował w komunistycznym aparacie represji, wywołało spore zaskoczenie. Nie krył go także prof. Ryszard Terlecki.
– Informacja o tym przypadku dotarła do mnie w drodze na to spotkanie. Mogę jedynie obiecać, że pana teczka zostanie dokładnie sprawdzona. Nie może pan jednak zaprzeczyć, że pracował dla SB, o której dziś wiemy, że była organizacją przestępczą – odpowiedział szef krakowskiego IPN.
Temu Adam Kuna rzeczywiście nie zaprzecza. Jak twierdzi, w 1981 roku złożył podanie o pracę w milicji. Według jego opowieści przypadek sprawił, że trafił do SB. Szeregi Służby Bezpieczeństwa miał opuścić w połowie 1984 r. pozostając jednak w resorcie jako funkcjonariusz milicji. Po przełomie pod koniec lat 90., Adam Kuna nie został poddany weryfikacji. Pracował w niej krócej niż przewidywały przyjęte dla weryfikowanych kryteria. W służbie pozostaje do dziś. Już jako policjant brał udział między innymi w polskich misjach pokojowych w krajach byłej Jugosławii. Dziś zajmuje się szkoleniem, między innymi z zakresu praw człowieka.
Adam Kuna zapewnia, że publiczne wystąpienie podczas spotkania z szefem krakowskiego IPN w ratuszu nie jest próbą wybielenia swojej biografii. Chodzi jedynie o prawdę.

Rozmowa z Adamem Kuną
∑ Jak dziś, z perspektywy ponad 20 lat, ocenia Pan decyzję o wstąpieniu do SB? Profesor Terlecki powiedział wprost: SB była organizacją zbrodniczą.
– Pracowałem wtedy bez dzisiejszej wiedzy o tych zbrodniach. Można dzisiaj mówić, że tylko głupcy nie wiedzieli czym zajmuje się SB. Niestety takich głupców jak ja, jak można ich dzisiaj nazwać, było wielu. Ja nie wierzyłem, by ktokolwiek z moich współpracowników z mojego pokolenia był zdolny do popełniania morderstw. Dla mnie zamach na księdza Popiełuszkę to był szok. Z czymś takim nie zetknąłem się tu w Nowym Sączu. Co niektórzy nawet powtarzali: pamiętajcie, żebyście nie zrobili niczego takiego, po czym nie będziecie mogli spojrzeć w swoją twarz w lustrze.
∑ Kto tak mówił?
– Nawet mój ówczesny naczelnik.
∑ Nie wiedział Pan o metodach działania SB pracując w SB?
– Czym innym jest to, co się słyszy, jak wtedy w radiu Wolna Europa, a czym innym jest uznać to za prawdę i uwierzyć, że tak się dzieje.
∑ Dzisiaj Pan o tym wszystkim już wie. Nie ma Pan potrzeby odpowiedzenia samemu sobie na pytanie, dlaczego wtedy tak wybrałem?
– Do dzisiaj nie odpowiedziałem sobie na to pytanie. Ja składałem podanie o pracę w milicji. To był zbieg różnych okoliczności, wpływ różnych ludzi, którzy podpowiadają: chodź tutaj, tu jest atrakcyjna praca. Ja się polityką nie interesowałem na tyle, żeby wnikać i zastanawiać się nad tym wszystkim.
∑ Wspomina Pan zamordowanie księdza Popiełuszki. Nie pojawiły się wtedy wątpliwości? Nie rozmawialiście na ten temat?
– Nikt z kolegów, z którymi pracowałem, nie przypuszczał, że coś takiego mogło się zdarzyć.
∑ Potem jednak odbywał się proces, jakkolwiek oceniać jego przebieg, jednak wszystko było jasne – księdza Popiełuszkę zamordowało SB.
– Oczywiście, zrobiła to SB. W SB znaleźli się jacyś degeneraci.
∑ Sami sprawcy, to byli jednak wysocy oficerowie?
– Owszem. Nie wiem, może Nowy Sącz był takim zaściankiem, w którym niewiele wiedzieliśmy o tym, co tak naprawdę się dzieje. Ja byłem młody, nie byłem w tej służbie kimś ważnym, kto zna wszystkie tajemnice. Ja się wtedy uczyłem, studiowałem na Akademii Spraw Wewnętrznych.
∑ To była Pana pierwsza praca?
– Na moje nieszczęście tak i to w przededniu stanu wojennego.
∑ Czym się Pan zajmował?
– Kiedy wybuchł stan wojenny ja dopiero się wdrażałem, byłem szeregowym funkcjonariuszem i nikt nie powierzał mi jakichś poważnych misji. Nie kryję jednak tego, że pracowałem w Wydziale III.
∑ Czyli zajmował się Pan inwigilacją opozycjonistów?
– Tak. To były różne zadania. Uczestniczyłem na przykład w przeszukaniach. Niektórzy ludzie mnie pamiętają. Mam nadzieję, że nie jest to zła pamięć. Nie brałem natomiast udziału w przesłuchaniach, byłem za mało doświadczony. Nie chcę się tłumaczyć. Nie odpowiem panu na pytanie czy, gdyby wtedy powierzono mi jakieś inne zadania, czy byłbym aktywniejszy. Ja tego zwyczajnie nie wiem.
∑ Dziś usłyszał Pan, że sama praca w SB jest winą.
– Tak, ale zaszokowała wypowiedź, w której jeden z uczestników tego spotkania domagał się wyplenienia z korzeniami rasy jakiegoś całego pokolenia UB–eków czy SB–ków. Użył porównania do śmierdzącej konserwy, którą trzebaby usunąć nie zagrażała zatruciem. Można żądać rewanżu, ale to jest żądanie tych samych metod jakie stosowano w tym czasie. Przecież na tym miała polegać zmiana, na tym polega chrześcijańskie przesłanie, żeby było inaczej. Trudno mi o tym mówić, ale bardzo mało widzę tego przesłania, to jest czasem zwykła nienawiść.
∑ Nie próbuje Pan zrozumieć, że ktoś, kto w tamtych czasach naprawdę wiele wycierpiał, ma prawo do takiej opinii? Nie twierdzę, że od Pana, ale od ludzi, którzy nosili ten sam mundur i tę samą legitymację co Pan.
– Ludzie są różni. Są ludzie, którzy siedzieli, którzy cierpieli i dzisiaj oni są umiarkowani w rozliczaniu innych. Są też tacy, którzy mniej wycierpieli, a dziś mają więcej na ten temat do powiedzenia. Dzisiaj odwaga nie jest tak droga, jest o wiele tańsza niż była kilka lat temu. Wielu z tych, którzy wówczas trafiali za kraty mieli szacunek nawet wśród pracowników SB, przynajmniej tych, których miałem okazję poznać.
∑ Byłby Pan gotów powiedzieć tym ludziom dzisiaj: to wy mieliście rację, ja się pomyliłem?
– Ja już to powiedziałem. Gdybym wtedy wiedział to, co wiem dzisiaj, to moja droga życiowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Tym samym przyznaję, że nie jestem szczęśliwy, nie jestem zadowolony z tego, co kiedyś miało miejsce. Nie zamierzam i nie mogę się wypierać i fałszywie spuszczać wzrok. Mówić, że to nie jestem ja. Każdy, kogo bym skrzywdził, ma prawo wiedzieć kim byłem i kim jestem dzisiaj, ale mam nadzieję, że takich ludzi nie ma. Można mi zarzucić, że pracowałem w aparacie, owszem nie zaprzeczam, ale dla takich ludzi jak ja, karą jest również zrozumienie, że popełniłem w życiu błąd. Ja się tego nie wypieram i nie uciekam przed tym. Przecież gdybym dzisiaj nie przyszedł tutaj, nie wstał, nie odezwał się, to może na moją teczkę nikt by już nie trafił. Dzisiaj zaryzykowałem bardzo dużo, może nawet swoją pracę, całe przyszłe życie.
∑ Podczas tego spotkania mówiono też o konieczności poznania prawdy o tamtym systemie, co ma pomóc w odróżnianiu dobra od zła. Kiedy dziś rozmawia Pan ze swoimi dziećmi, jak uczy ich Pan wybierać?
– To jest upraszczanie, prosty podział na dobro i zło, białe i czarne. Czasem człowiek nie dostrzega, że coś co wybrał, okaże się naganne, że instytucję, w której pracuje ktoś kiedyś nazwie zbrodniczą.
– Jednak to czego doświadczamy jest swoistą lekcją, czasem bolesną, ale dającą naukę. Lekcją, którą trzeba przyjąć, czegoś się nauczyć.
– Czasem nachalna retoryka w stosunku do innych ludzi przynosi odwrotny skutek. Moje dzieci wiedzą, że ja z tego wyboru nie jestem dumny. Muszę to w jakiś sposób próbować zrozumieć i jakoś przyjąć, że być może był w tym oportunizm?
∑ Po tym publicznym wystąpieniu jest Panu lżej?
– Ja się tego nigdy nie bałem. Obawiam się jedynie takiego ekstremalnego niezrozumienia, nawet braku chęci by zrozumieć jak to możliwe, że w tamtych latach ktoś mógł wierzyć w system i służyć w SB uważając się za przyzwoitego człowieka.
slawomir wrona

Autor artykułu:

Gimnazjalista potrafi…

May 7th, 2007

Trzech gimnazjalistów z Kasinki Małej, gmina Mszana Dolna, włamała się do miejscowego sklepu spożywczego. Najmłodszy z rabusiów ma tylko 15 lat. Policja ujęła ich następnego dnia. Większość łupów odzyskano.
W sobotę przez komisariat policji w Mszanie Dolnej przedefilowały rodziny nieletnich przestępców. O dalszym losie złodziejaszków zadecyduje sąd.
Przez dach
W przypadku najstarszego z włamywaczy, było to już drugie podejście do tego sklepu. Solowa akcja mu się nie udała. Dlatego dobrał sobie do pomocy dwóch braci. Weszli do sklepu przez dach, ale najpierw wyłączyli alarm. Po rozebraniu kilku dachówek dostali się na strych, gdzie w suficie wyrąbali dziurę. Jeden z chłopaków wślizgnął się do środka i przez kratę w oknie podawał kompanom łupy: butelki alkoholu (brali tylko najdroższe trunki), kartony papierosów i karty telefoniczne (24 sztuk) – wszystko razem warte około 3 tys. zł. Skradziony towar ukryli w domu. Policja wyjmowała alkohol i papierosy z sąsieku na zboże, z siana w stodole i spod podłogi w domu. Gimnazjaliści tłumaczyli się, że alkohol i papierosy były im potrzebne, bo szykowali się do ogniska.
Poskarżył się na ojca
Przywódcą szajki gimnazjalistów jest 17–letni Stanisław P., dobrze znany mszańskiej policji. Na początku tego roku poskarżył się policjantom na ojca. W doniesieniu o popełnieniu przestępstwa napisał, że ojciec bije go pasem i ogranicza jego wolność, co jest naruszeniem podstawowych praw człowieka. – Oskarżenia Stanisława P. wobec ojca nie potwierdziły się i postępowanie zostało umorzone – wspomina jeden z policjantów.
W sobotę gimnazjaliści mieli sądny dzień. Policjanci odbyli z nimi rozmowy, a potem poprosili na komisariat rodziców. Dwójka młodszych włamywaczy stanie przed sądem dla nieletnich, Stanisław P. będzie odpowiadał przez sądem jak dorosły. Dodatkowo postawiony mu zostanie zarzut deprawowania nieletnich.
(hsz)

Autor artykułu:

Jalinka urodziła!

May 7th, 2007

Jalinka przywieziona niedawno do podsądeckiej wsi Jasienna urodziła! Jej potomek nie ma jeszcze imienia, ale ma do spełnienia niezwykłą misję: od niego ma się rozpocząć tradycja hodowli koni huculskich w gminie Korzenna. Ta hodowla może rozsławić wieś i całą Sądecczyznę podobnie, jak Gładyszów rozsławił Ziemię Gorlicką.
Będzie nosił imię Jasieniok?
Nie jest wykluczone, że w myśl „końskiego” prawa (które nakazuje, aby źrebak dziedziczył po matce dwie pierwsze litery imienia), pierwszy hucuł urodzony w Jasiennej zostanie „ochrzczony” jako Jasieniok.
Identyczne miano – Jasienioki – nosi nieformalna grupa mieszkańców tej miejscowości (Marian Filipowicz, Bartłomiej Sroka, Rafał Sowa i Grzegorz Krasiński wraz z rodzinami), którzy przy kuflu piwa wymyślili akcję pod hasłem „Powrót hucuła”, zgłosili ją do konkursu „Natura przyszłością Karpat” ogłoszonego przez Ligę Ochrony Przyrody i dostali na początek 11 tys. zł dotacji na realizację swoich pomysłów.
Ideą projektu jest nie tylko wprowadzenie w gminie Korzenna tradycji hodowli hucułów. Chodzi także o ocalenie od zapomnienia innych rzadkich gatunków zwierząt gospodarskich oraz odmian zbóż.
1300 złotych wsparcia
Jasienioki mają nadzieję, że z czasem liczba gospodarstw, w których będą rodzić się hucuły urośnie do kilkudziesięciu, a zachętą dla rolników będą choćby dopłaty z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa – jeśli stado składa się z minimum trzech klaczy, to rocznie gospodarz dostaje 1300 złotych wsparcia.
Plan jest następujący: hodowlą zajmuje się na początek jeden z członków grupy, a jego głównym celem jest powiększenie stada. Każdy kolejny źrebak przekazywany jest nieodpłatnie kolejnej osobie. Dlatego na początek Jasienioki chcą przekazywać źrebaki z rąk do rąk we własnym gronie. Chcą mieć pewność, że zaangażowania w realizację projektu nie braknie tym bardziej, że trzeba weń zainwestować swoje pieniądze – źrebak kosztuje nawet 16 tys. zł. Jeśli wszystko powiedzie się tak jak planują, zamierzają akcję „podaj dalej” rozszerzyć na innych chętnych.
– Ważne, żeby to byli ludzie z sercem dla zwierząt, serdeczni, z „dobrą aurą”, bo tylko wtedy może się to wszystko udać – powiedział nam wczoraj Grzegorz Krasiński.
Jaką przyszłość wymarzyli pomysłowi ludzie z Jasiennej dla swoich hucułów?
Czerwone krowy
Koniki mogłyby służyć w gospodarstwach agroturystycznych jako atrakcja dla gości – wozić kuligi, a latem nosić na swoim grzbiecie tych, którzy lubią podziwiać naturę z wysokości końskiego grzbietu. – Można byłoby także pomyśleć o hipoterapii – dodaje pan Grzegorz.
Hucuły nie są pierwszą rasą, którą chcą ocalić Jasienioki. W ubiegłym roku sprowadzili do swojej miejscowości kilka sztuk krów rasy polskiej czerwonej, które już z sukcesami hodują w swoich gospodarstwach.
Zdają sobie sprawę z tego, że jako nieformalna grupa mają mniejsze możliwości – choćby w wyścigu o unijne dotacje.
– Takie spontaniczne pomysły wymyślone przy przysłowiowym kuflu najlepiej realizuje się w spontanicznym gronie. Boimy się, aby w całą tą inicjatywę nie wmieszała się polityka, ale niewykluczone, że będziemy w końcu musieli zawiązać stowarzyszenie – tłumaczą Jasienioki.
(ik)

Autor artykułu: